Klasy II gimnazjum na wycieczce w stolicy

O godzinie 6:50 na szkolnym parkingu klasy drugie gimnazjum: A, C, E i część B zebrały się, by wyruszyć do stolicy naszego kraju – Warszawy. Wyjechaliśmy dwadzieścia minut później, co należy zanotować jako sukces i wstęp do wręcz żołnierskiej punktualności przez cały późniejszy czas trwania wycieczki, nad którym czuwała pani Bogumiła Bzorek.

 Po sześciogodzinnej podróży autokarem dosiadł się do nas przewodnik, z którym podjechaliśmy pod Muzeum Powstania Warszawskiego. Mogliśmy tam zbierać kartki z kalendarza, przedstawiające każdy dzień powstania i w wolnej chwili przestudiować dokładniej to, co działo się w 1944 roku. Podczas zwiedzania nikomu nie było do śmiechu, gdyż każdy zdał sobie sprawę ze smutnej sytuacji warszawiaków żyjących w owych czasach. Po wyjściu z muzeum, wraz z przewodnikiem skierowaliśmy swoje kroki na Cmentarz Wojskowy na Powązkach. Pod Pomnikiem Powstańców zapaliliśmy znicz, odwiedziliśmy mogiły członków Batalionu „Zośka”, w ciszy przystanęliśmy przy grobie najmłodszego powstańca. Smutny to widok, gdy przy krzyżu leżą misie – znak straconego dzieciństwa.

Wieczorem pojechaliśmy do hotelu na obiadokolację. Gdy zakwaterowaliśmy się w pokojach, a każdy porównał wszystkie pomieszczenia ze swoim lokum, zaczęły dziać się rzeczy przynajmniej dziwne. Otóż między pokojami (zwłaszcza 2 C) pojawił się i  krążył zamaskowany ninja, który robił to, co każdy ninja umie najlepiej - był wszędzie i nigdzie jednocześnie. Szczególnie zachwycił się on cudem nowoczesnej techniki – elektrycznym czajnikiem. Nie byle jaki to przecież wynalazek! Wpływ ninji był tak wielki, że niektórzy weszli do śmietnika, aby zrobić sobie zdjęcie. Wszak śmietnik również wart jest podziwu! Nasz zapał do odkrywania na nowo przedmiotów codziennego użytku ostudziły nieco panie przechadzające się późnym wieczorem po korytarzu. Pewnie również szukały czegoś fascynującego, bo śmiały się czasami ciut za głośno.

Następnego dnia musieliśmy wcześnie wstać, aby z samego rana pojechać do Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Batorego – szkoły w której uczyli się bohaterowie „Kamieni na Szaniec” (Rudy, Alek i Zośka). Najciekawsze było to, że po szkole oprowadzali nas uczniowie. Robili to całkiem udanie, a przecież doskonale wiemy, że jesteśmy doskonałymi krytykami i niełatwo do nas mówić.

Na kolejny punkt programu czekali chyba wszyscy z panią Haliną Stachowicz na czele. Oto przed nami Stadion Narodowy. Niemałe było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że stadion wcale nie jest taki wielki, jak widać to w telewizji, zwłaszcza że murawę zastąpiła scena przygotowywana na najbliższy koncert. Lecz stadion to… stadion. Niektórzy wzdychali, inni próbowali dotknąć koszulek sportowców, jeszcze ktoś kontemplował w ciszy swoją wymarzoną przyszłość… No, może tylko pani Iwona Zając pragmatycznie mówiła, iż to tylko obiekt użyteczności publicznej, ale na koronę weszła i prawie się przy tym nie zgubiła. Kupiliśmy pamiątki i pojechaliśmy do Centrum Nauki „Kopernik”.

Trudno ukryć, iż była to największa atrakcja wycieczki (oczywiście, oprócz czajnika). Wszystkim bardzo się podobało. Każdy mógł dotknąć eksponatów, spróbować, jak działają, byli i tacy (wcale nie dzieci), którzy dosłownie postawili wszystko na głowie. Najlepsi fryzjerzy nie osiągają efektu tak stojących włosów, jak czyni to przedziwna maszyneria do elektryzowania.

Gdy dojechaliśmy do ośrodka, dotarło do nas, że istnieje coś takiego jak zieloną noc. Niestety (albo stety) nauczycielki zabroniły nam tej jakże wyśmienitej zabawy, chyba że w obrębie własnego pokoju. Część poprzestała na nowej wersji zabawy w krzesełka (krzesła na korytarzu aż kusiły zdolnością bujania), jakaś nieśmiała grupka umawiała się na „później”, ale tylko  jednej osobie z 2 „c” zrobiło się szczególnie „zielono”. Oprawcy wysmarowali ofiarę pastą do zębów oraz owinęli ją w papier toaletowy. Chłopak nawet się nie obudził. Mieliśmy nadzieję, że nasze opiekunki nam wybaczą, przecież po doświadczeniach z „Kopernika” trudno nie pozostać kreatywnym. Nikt się nie skarżył, więc chyba puszczono nam wybryki w niepamięć.

Następnego dnia wszyscy zebraliśmy się na śniadaniu, a potem opuściliśmy ośrodek. Pojechaliśmy do Zamku Królewskiego, gdzie z wizytą u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego uzupełnialiśmy wiedzę o oświeceniu. Być może niektórzy na zakończenie spotkania towarzyskiego przyjmą zwyczaj ogłaszania końca imprezy wniesieniem trzech śliwek, jak to czynił król podczas obiadów czwartkowych. Pospacerowaliśmy też trochę po Starym Mieście, gdzie obejrzeliśmy Kolumnę Zygmunta, rzeźbę syrenki, stare kamienice i malownicze uliczki. O 14 zjedliśmy obiad w barze „Rewers” w Bibliotece Uniwersyteckiej, a godzinę później pożegnaliśmy się z naszym nieocenionym przewodnikiem i wyjechaliśmy z Warszawy w stronę Przemyśla. Ukochane miasto przywitało nas deszczem i chłodem, ale cóż…. – różne są oblicza tęsknoty. Ważne, że w Warszawie udawało nam się unikać przemoczenia.

Wycieczka na pewno na długo zostanie w naszej pamięci, zwłaszcza że już zastanawiamy się, jakim cudem techniki przyjdzie nam się zachwycić.

 Justyna Harań   2GC